Dr Jerzy Kuźniar urodził się 07 marca 1952 roku. w Człuchowie. W 1977 roku ukończył Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Słupsku uzyskując tytuł magistra filologii polskiej. Jako jedyny nauczyciel języka polskiego, do dnia dzisiejszego, w 1999 roku obronił pracę doktorską na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu.
Swoją pracę zawodową rozpoczął w marcu 1976 roku jako nauczyciel języka polskiego w Zbiorczej Szkole Gminnej w Kobylnicy, a dokładnie jej filii – Szkole Podstawowej w Kończewie, a następnie w II filii – Szkole Podstawowej w Sycewicach. Następnie pracował w Szkole Podstawowej nr 14 w Słupsku.
W 1978 roku zatrudnił się w PGR w Kończewie, gdzie pracował jako główny specjalista ds. służb pracowniczych oraz piastował funkcję przewodniczącego Rady Zakładowej. Po niespełna roku wrócił jednak do nauczania młodzieży – podjął pracę w Zbiorczej Szkole Gminnej w Dębnicy Kaszubskiej, a w listopadzie
1983 roku w Zespole Szkół Mechanicznych w Człuchowie. Dnia 01 września 1985 roku, pismem inspektora Oświaty i Wychowania, przeniesiony został do pracy w naszej szkole. W roku tym otrzymał swoje pierwsze wychowawstwo klasy „b” (absolwenci z 1989 roku). Wychowawcą był jeszcze trzykrotnie: IVA (absolwenci z 1995 roku), IVA (absolwenci z 1998 roku) oraz IVA z 2003 roku – z uczniami tej klasy nie zdążył się pożegnać, nie dane Mu było wręczyć im świadectw dojrzałości.
Pracę zawodową doktora Jerzego Kuźniara najpełniej scharakteryzował ówczesny dyrektor szkoły – Franciszek Blechacz, oceniając ją jako wyróżniającą:
„…dał się poznać jako polonista, który potrafi rozbudzić wśród uczniów zainteresowanie językiem i kulturą ojczystą. O jego zaangażowaniu w kształtowaniu właściwego stosunku do języka polskiego świadczą dobrze zorganizowane, prawidłowe pod względem merytorycznym i metodycznym, lekcje oraz różnorodne formy zajęć dodatkowych, np. kilkakrotne wycieczki do teatrów w Bydgoszczy i Słupsku, przygotowanie uczniów do konkursów recytatorskich, zorganizowanie sesji popularno – naukowej na temat twórczości A. Mickiewicza i epopei’’ Pan Tadeusz”, przygotowanie uczniów do Olimpiady Literatury i Języka Polskiego.
Poprawnie wywiązuje się z obowiązków wychowawcy klasy. Wprowadza różnorodne metody wychowawcze, które pozwalają mu pozytywnie oddziaływać na wychowanków. Jest również nauczycielem zaangażowanym w prowadzenie zajęć pozalekcyjnych. Prowadzi koło języka polskiego, opiekuje się organizacją ZSMP oraz Kołem Młodych Racjonalistów. Z tej racji zorganizował eliminacje szkolne Olimpiady Społeczno – Prawnej, Społeczno – Politycznej. Wiedzy o Polsce i Świecie Współczesnym oraz Turnieju Filozoficznego. Największe sukcesy zanotowali młodzi filozofowie, gdyż zajęli 2 i 4 miejsce a zespołowo I miejsce w zawodach wojewódzkich. Publikuje również artykuły w czasopismach, między innymi w „Poradniku Językowym”….”
Dr Jerzy Kuźniar pełnił też funkcję metodyka języka polskiego oraz szkolnego komendanta OHP – za pełnienie tej funkcji oraz za pracę w charakterze nauczyciela języka polskiego – był niejednokrotnie nagradzany.
Jego pasją było także dziennikarstwo. Współpracował, jako dziennikarz, z Radiem Weekend z Chojnic relacjonując z wielką pasją wydarzenia szkolne, choć nie tylko.
Wszyscy pamiętamy jego udaną próbę bicia Rekordu Guinessa w czerwcu 2002 roku: „…40 godzin i 15 minut – to nowy rekord Guinnessa w długości lekcji. Ustanowiło go 24 uczniów z klasy III a Liceum Ogólnokształcącego w Człuchowie. Przez prawie dwie doby uczestniczyli oni w lekcji języka polskiego na temat: „Stefan Żeromski wielkim twórcą jest – na przekór tym, którzy nie przyznali pisarzowi Nagrody Nobla”. Ogółem zajęcia trwały około 42 godzin. Zgodnie z regulaminem co 8 godzin ogłaszane były 15-minutowe przerwy, których czas należało później odliczyć. Ostateczny wynik to 40 godzin i 15 minut. Jest on lepszy od dotychczasowego o 4,5 godziny. Po najdłuższej na świecie lekcji uczniowie – rekordziści marzyli tylko o tym, aby jak najszybciej znaleźć się w domu. Byli bardzo zmęczeni, ale szczęśliwi…”
Dr Jerzy Kuźniar oddał naszej szkole swoje umiejętności, sumienność, trud, cierpliwość i zdrowie. Miarą wartości jego pracy są liczni absolwenci wydziałów humanistycznych, prawa i dziennikarstwa, którzy teraz kontynuują jego nauczycielskie i dziennikarskie posłanie.
Zawsze z wdzięcznością będziemy wspominać Jego trud wychowawczy, pedagogiczny i dydaktyczny, a przede wszystkim Jego uczynność i wielkie serce – nie liczył czasu, ani środków, pomagał wszystkim i wszędzie.
Słowa wieszcza, które zdobiły jego szkolną salę, teraz dedykujemy i przyrzekamy jemu: „Jeśli zapomnimy o nim, Ty Boże na niebie zapomnij o nas”…
Doktor Jerzy Kuźniar zmarł nagle, samotnie w swoim domu, w wieku niespełna 51 lat, dnia 28 lutego 2003 roku.
Człowiek na swojej życiowej drodze spotyka wielu ludzi. Na pierwszym miejscu są to oczywiście rodzice, a w szczególności matka. Dalej jest rodzina, bliższa, dalsza, przyjaciele, koledzy, przełożeni, podwładni. Szczególna grupą osób są nasi nauczyciele, wychowawcy.
W szkole podstawowej jest to zazwyczaj „nasza Pani” ze względu na znaczne sfeminizowanie tego zawodu, w szkole średniej nazywamy ich zwyczajowo profesorami. To, co nam przekazali, czego nas nauczyli, co nam wpoili, jak nas ukształtowali, zostaje na całe życie.
Abraham Lincoln twierdził, że „inwestowanie w wiedzę zawsze daje najlepszy zysk”. Z kolei lord Edward Fr. Halifaks powiedział onegdaj: „Wychowanie jest tym, co zostaje, kiedy zapomnieliśmy już wszystkiego, czego nas nauczono”.
Wspominamy naszych nauczycieli i wychowawców przy różnych okazjach, najczęściej na różnego rodzaju zjazdach koleżeńskich i szkolnych. Niedawno taka okazja nadarzyła się podczas IV Zjazdu Absolwentów Liceum Ogólnokształcącego w Człuchowie, który został zorganizowany z okazji 60-lecia istnienia szkoły. Wśród grona nauczycielskiego zabrakło niestety wielu naszych licealnych profesorów. Jednym z nich był mój wychowawca i nauczyciel matematyki, Eugeniusz Jędrzejewski.
Urodził się we wsi Sierakowo koło Kowalewa Pomorskiego. Ojciec Eugeniusza, Władysław był naczelnikiem drogowym odpowiedzialnym za utrzymanie komunikacji na wyznaczonym odcinku. Gdy wybuchła wojna, Niemcy aresztowali go, jako przedstawiciela miejscowej inteligencji i osadzili w obozie koncentracyjnym w Dachau, gdzie wkrótce zmarł. Niebawem także matka Apolonia z trójką małych synów trafiła do hitlerowskiego obozu, do tzw. szmalcówki koło Torunia. Stamtąd po miesiącu zostali wysiedleni do Generalnej Guberni, gdzie zamieszkali na obrzeżach Warszawy. Bardzo często doskwierał im głód i straszliwa nędza. Po pewnym czasie uciekli stamtąd i do końca wojny ukrywali się u rodziny w Szabdzie koło Brodnicy. Gdy skończył się wojenny koszmar, powrócili do swojego, jak się okazało, pustego domu w Sierakowie. Niemcy urządzili w nim przedszkole a wszystkie meble i domowe sprzęty zostały wywiezione. Matka wkrótce wyszła powtórnie za mąż, za właściciela niewielkiego gospodarstw rolnego, Czesława Wiśniewskiego. Warunki w nowym domu były ciężkie. Młodzi Jędrzejewscy bardzo często odrabiali lekcje przy świecach lub lampie naftowej, bo w gospodarstwie nie było prądu ani nawet bieżącej wody.
Eugeniusz był z wykształcenia i zamiłowania matematykiem. Kochał tę dziedzinę nauki. Ukończył studia matematyczne na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Studiował w skrajnie trudnych warunkach bytowych, najpierw dojeżdżając do Torunia a potem mieszkając na miejscu na stancji. Niejednokrotnie po zajęciach trzeba było pomóc w gospodarstwie matki i ojczyma, a pojęcie niedostatku nie było mu obce. Droga do magisterskiego dyplomu nie była ani łatwa ani prosta. Wiodła na przemian poprzez meandry nauki i funkcjonującego wówczas nakazu pracy, między innymi w Sianowie.
Na tej samej uczelni studiowali dwaj jego bracia – starszy o rok Hieronim historię i najmłodszy Gabriel geografię. „Był człowiekiem pełnym wigoru, optymistą. Zawsze patrzył „do przodu”, być może by nie pamiętać o cierpianej w czasie wojny i po jej zakończeniu straszliwej biedzie. W przeciwieństwie do mojego męża, który do życia podchodził pesymistycznie i często rozpamiętywał przeszłość. Wojna odcisnęła na jego psychice niezatarte piętno”- stwierdza żona Hieronima. „Dwaj bracia a dwa zupełnie odmienne charaktery”- dodaje.
W 1959 roku Eugeniusz rozpoczął pracę w człuchowskim liceum. Z pozoru oschły, zasadniczy, w głębi duszy jednak przyjazny uczniom. Potrafił zawsze utrzymać dystans, wzbudzić szacunek i respekt. Swój szkolny pseudonim „Mały” zawdzięczał niskiemu wzrostowi, ale tę cechę skutecznie nadrabiał donośnym głosem.
Jako nasz wychowawca i nauczyciel, z którego zdaniem liczyła się dyrekcja liceum, zadbał, aby uczyli nas najlepsi nauczyciele. Utyskiwaliśmy, że nauczyciele wymagają od nas więcej niż w innych klasach, ale to później procentowało podczas egzaminów na studia, w trakcie studiowania lub nauki w szkołach policealnych. Jednocześnie potrafił stworzyć nad naszą klasą swoisty „parasol ochronny”, tak, aby nie stała się nam jakaś krzywda. Potrafił stanąć w naszej obronie, traktując funkcję wychowawstwa jako swego rodzaju misję do spełnienia. Myślę, że pomógł wielu uczniom przebrnąć przez niełatwy przecież okres licealnej nauki i dotrwać do matury. Mam tu na myśli tych, których nauka nie była silną stroną. Gdy był przekonany, że uczeń chce się uczyć, był zawsze gotowy przyjść z pomocą. Na swoich lekcjach mocno kładł nacisk na praktyczny aspekt matematyki. Dlatego zarówno na zajęciach jak i po nich, w ramach prac domowych, rozwiązywaliśmy niezliczoną ilość różnych matematycznych zadań. Był nauczycielem, który wiedział, czego chce.
Nie tylko nauczał matematyki – królowej nauk, ale potrafił wyłuskać pośród uczniów talenty matematyczne i właściwie je pielęgnować, poprowadzić. Dzięki temu wielu absolwentów liceum kontynuowało z powodzeniem studia i pracę naukową. Cieszył się z osiągnięć swoich uczniów i wychowanków. On tym żył. Przez wiele lat radował się matematycznym talentem Franciszka Pukownika, absolwenta z 1962 roku i osiągnięciami Andrzeja Skowrońskiego, absolwenta z 1968 roku, mojego kolegi ze szkolnej ławy. „Franka traktował niemal jak syna. Często zdarzało się, że zostawał u nas na obiad” – wspomina Jadwiga Jędrzejewska. Spośród jego wychowanków Andrzej zaszedł najwyżej.
Uczeń znacznie przerósł swojego mistrza. Jest dzisiaj profesorem zwyczajnym, profesorem doktorem habilitowanym specjalizującym się w algebrze. Wykłada na Wydziale Matematyki i Informatyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Na tej samej uczelni, którą wiele lat wcześniej ukończył jego nauczyciel. Być może jako student tegoż uniwersytetu „zakuwał” w tych samych salach wykładowych, chodził tymi samymi uczelnianymi drogami, a dzisiaj wykłada w tych samych audytoriach. Andrzej jest promotorem wielu rozpraw doktorskich. Jest także członkiem Komitetu Matematyki Polskiej Akademii Nauk. Jednak ten wybitny, znany w kraju i na arenie międzynarodowej matematyk nigdy nie zapomniał o swoim nauczycielu z liceum. Nigdy nie zapomniał, że to właśnie dzięki niemu podjął studia matematyczne.
„Był nauczycielem lubianym w naszym gronie, osobą bardzo towarzyską. Nade wszystko był dobrym kolegą, na którego pomoc zawsze można było liczyć. Gdy w gronie pedagogicznym dochodziło do jakiś spięć, był pierwszą osobą, która starała się rozładować kłopotliwą sytuację ”- wspomina Teresa Bagińska.
Przez wiele lat współpracował z Jerzym Lorochem, najpierw w liceum a potem w Zespole Szkół Technicznych.
„Nigdy w swojej karierze nauczycielskiej nie spotkałem nauczyciela matematyki, któryby tak umiejętnie współpracował ze mną w nauczaniu fizyki, który by tak mocno rozumiał potrzebę korelacji nauczanych przez nas przedmiotów. I nie działo się to podczas specjalnie zwołanych do tego celu szumnych narad pedagogicznych, lecz w trakcie zwykłej koleżeńskiej pogawędki” – wspomina Jerzy Loroch. „ Zawsze znajdowaliśmy wspólny język, rozumieliśmy się w pół zdania. Często pytał mnie o to, jak jego uczniowie radzą sobie z moim przedmiotem. Gdy wyczuł, że pewna partia materiału z zakresu matematyki potrzebna do zrozumienia fizyki nie została należycie opanowana, potrafił określone zagadnienia „przerobić” ponownie. Nigdy potem o tym nie rozmawialiśmy, ale dla mnie było to zauważalne. Doskonale rozumiał, że bez należytej wiedzy matematycznej, wiedza z zakresu fizyki zawsze będzie „kulawa”. Dzięki takiemu podejściu, na swoich zajęciach zawsze mogłem operować pojęciami matematycznymi bez obawy, że coś w tej kwestii się nie powiedzie. Takim podejściem, w mojej ocenie dobitnie zaświadczał, że szanował mnie, chociaż byłem od niego o ładnych parę lat młodszy zarówno pod względem stażu nauczycielskiego jak i pod względem wieku. Odwzajemniałem ten szacunek.
Genek twierdził również, że uczeń, który ma wiedzę z matematyki na poziomie dostatecznym, nie powinien mieć problemów z matematycznymi aspektami w fizyce. Ta teza sprawdzała się w praktyce. Był entuzjastą tego, aby uczeń zrozumiał dogłębnie przekazywaną wiedzę. On był autentycznie zainteresowany tym, aby uczeń jak najwięcej skorzystał w procesie nauczania. Zastanawiał się czy to, co robi jest przydatne dla procesu kształcenia. Dobro ucznia było dla niego najważniejsze. Chodziło mu o to, aby uczeń opuszczał mury szkoły z jak największym bagażem wiedzy. Takie podejście nauczyciela można by określić mianem uczciwości zawodowej, którą obecnie nie często można spotkać.
Wspólnie byliśmy autorami także innej tezy, mianowicie takiej, że z „człuchówka” uczeń też może dostać się na studia w renomowanej uczelni. Staraliśmy się ją konsekwentnie udowadniać, myślę, że z dobrym skutkiem”- dodaje Jerzy Loroch.
Sądzę, że ze względu na pamięć o Eugeniuszu na ostatnim zjeździe absolwentów Jerzy Loroch w trakcie spotkań uczniów z wychowawcami zaopiekował się, oprócz swojej także naszą klasą, abyśmy nie czuli się osieroceni. Gest piękny i szlachetny. Dodam, że z klasą XI c, której wychowawcą był Jerzy, zawsze mieliśmy poczucie uczniowskiej wspólnoty.
Profesor Jędrzejewski chciał swoim uczniom otworzyć okno na świat. W mojej klasie, u progu nauki w liceum zaplanował zorganizowanie dla nas zagranicznej wycieczki, która miała dojść do skutku w klasie maturalnej. Kto zna ówczesne realia zarówno proceduralne jak i materialne a także inne okoliczności, wie że pomysł był z gatunku science fiction, ale on ten marzycielski cel chciał za wszelką cenę osiągnąć i był przekonany, że mu się to uda. Pomysł faktycznie nie wypalił, ale w to miejsce odbyliśmy 10-dniową wspaniałą wycieczkę dookoła Polski, z której wróciliśmy pełni niezapomnianych wrażeń i którą wszyscy wspominamy do dziś. Ja w wielu miejscach już byłem wcześniej, gdyż sytuacja materialna w domu pozwalała na to, ponadto rodzice lubili podróżować. Jednak dla wielu moich koleżanek i kolegów z podczłuchowskich wsi była to naprawdę „wielka sprawa”.
Przy okazji wspomnień z licealnego okresu chciałbym nadmienić, że wtedy zarówno w całej szkole jak i w naszej klasie panował niewyobrażalny w dzisiejszych czasach rygor. Obowiązywały jednolite mundurki. Dziewczęta chodziły w granatowych fartuchach, chłopcy w granatowych garniturach z niebieską koszulą z kołnierzykiem typu „Słowackiego”. Obowiązkowo do naszych uniformów musiała być przyszyta tarcza. Obowiązywały także jednolite nakrycia głowy, u dziewcząt berety, u chłopców charakterystyczne uczniowskie czapki z daszkiem. Ponadto włosy u chłopców musiały być krótko ostrzyżone. U dziewcząt o jakimkolwiek makijażu, manicure czy farbowaniu włosów, spódniczce „mini” czy tym podobnej rzeczy nie mogło być mowy. Wszystko to kontrolował przy wejściu do szkoły dyżurujący nauczyciel a także zwracali uwagę nauczyciele, prowadząc lekcje. Nie było też do pomyślenia, aby uczniowie przeszkadzali na lekcjach, rozmawiali itp., nie mówiąc już o znanych z ostatnich doniesień skandalicznych zachowaniach uczniów w odniesieniu do nauczycieli w niektórych szkołach. Czasami tylko na nudnawych lekcjach z niektórych przedmiotów udawało się ukradkiem zagrać w „okręty”. Dodam, że były także nakładane na uczniów kary w postaci zakazu opuszczania po lekcjach mieszkania lub internatu. Oceniam, że jakiś „wkład”, w to, że taka dyscyplina w liceum istniała, miał nasz wychowawca. Dzięki swoim perswazyjnym umiejętnościom spowodował także, że wszyscy wstąpiliśmy do ZMS-u, by stać się „młodą gwardią proletariackich mas” – jak głosiły słowa hymnu tej organizacji. Latem 1966 roku, jako rzekomy aktywista Koła Młodych Racjonalistów (w obozie mogli uczestniczyć tylko aktywiści), wyjechałem nawet na obóz szkoleniowy do Ustronia Morskiego. Pojęcie „racjonalista” było dla mnie abstrakcją, kojarzyło mi się najbardziej z racjonalizatorstwem, dopiero na miejscu, lekko zaszokowany, przekonałem się, co ono oznacza. W trakcie pobytu na obozie 22 lipca wziąłem udział w pamiętnej defiladzie Tysiąclecia w Warszawie.
Myślę jednak, że takie rygory, które obowiązywały w trakcie nauki w liceum, taka „szkoła życia” przydała się i wyszło to nam na dobre. „Zahartowani” w ten sposób, później nie poddawaliśmy się tak łatwo różnym przeciwnościom losu. Szczególnie przydało mi się to w czasie mojej żołnierki. Sądzę też, że wpojone wtedy zdyscyplinowanie pozostało nam do dziś. To, oraz mocne poczucie więzi ze szkołą spowodowało, że nasza klasa pobiła na ostatnim zjeździe absolwentów swoisty rekord frekwencji. Na spotkanie przybyła dokładnie połowa absolwentów. Takiej frekwencji nie odnotowano w żadnej innej klasie.
Eugeniusz znał się z moim ojcem, i to chyba z tego powodu trafiłem do jego klasy. Mieli nawet samochody tej samej marki – „wartburgi –1000”, ojciec koloru kości słoniowej, Eugeniusz koralowego. W wakacje poprzedzające rozpoczęcie nauki w liceum wyjechaliśmy nawet na wspólną wycieczkę tymi właśnie samochodami do ówczesnego NRD, do Prenzlau i Neubrandenburga – miejscowości położonych na Pojezierzu Meklemburskim i znajdujących się w tzw. pasie konwencji.
Życie towarzyskie w Człuchowie w latach sześćdziesiątych toczyło się według innych kanonów, niż dzieje się to obecnie. Mój wychowawca był dość częstym gościem w moim domu jak i w domach moich szkolnych koleżanek i kolegów. Nie oznaczało to absolutnie taryfy ulgowej dla nas na zajęciach. Wprost przeciwnie, po takiej wizycie można było spodziewać się wywołania do odpowiedzi, „żeby uczeń sobie za wiele nie myślał”.
Po zdaniu przeze mnie matury zaoferował pomoc przy egzaminach na studia w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Koszalinie na Wydział Budownictwa Lądowego. Mojemu śmiertelnie choremu ojcu przyrzekł, że zaopiekuje się mną właśnie jak rodzony ojciec. Niestety nie zdałem egzaminu i nie zostałem przyjęty na uczelnie. Prysł jak przysłowiowa bańka mydlana mój plan zostania architektem lub inżynierem budownictwa, o których to zawodach marzyłem od dzieciństwa. Jednak pretensje mogłem mieć tylko do siebie, gdyż wina bezspornie leżała po mojej stronie. Namawiał mnie do podjęcia próby startu na wybraną uczelnię i upragniony kierunek za rok, oferując przy tym przez ten okres intensywne korepetycje. Jednak jeszcze w tym samym roku zostałem przyjęty do szkoły oficerskiej. Po latach przyznał, że nie raz myślał, jak w tym wojsku mi się wiedzie. Patrząc z obecnej perspektywy nie żałuję, że moja zawodowa droga tak się potoczyła, jednak zawsze architekturę i budownictwo traktowałem jako moje niespełnione życiowe marzenie.
Ucieszył się też z mojego ostatniego awansu. Podczas III Zjazdu Absolwentów musiał lekko wspiąć się na palcach, by przekonać się, że mój pagon został w pełni „zagospodarowany”. Wtedy widzieliśmy się po raz ostatni. Przeszliśmy nawet na „ty”, co wśród niektórych moich kolegów wzbudziło święte oburzenie. Myślę, że to oburzenie było na wyrost, wręcz bezzasadne, gdyż po latach znikł ten dystans, który normalnie funkcjonuje między uczniem i nauczycielem. Wspomniał w trakcie tego spotkania o kryształowym, misternie wyrzeźbionym kielichu, otrzymanym wiele lat temu od mojego ojca. Otrzymał go z okazji narodzin córki. Teraz z kolei zamierzał podarować go tej właśnie córce z okazji narodzin jej dziecka.
Z Profesorem rozmawiałem jeszcze jesienią 2000 roku. Wtedy to zorganizowany został zjazd koleżeński z okazji pięćdziesiątych urodzin absolwentów liceum z 1968 roku.. Wspominałem o nim swego czasu na łamach „Merkuriusza”. Zadzwoniłem z pytaniem, czy zechciałby na ten zjazd przyjechać. Podziękował za zaproszenie, ale odmówił przyjazdu tłumacząc się złym stanem zdrowia. Prosił, aby przekazać jego pozdrowienia uczestnikom spotkania. Nie sądziłem wtedy, że jest aż tak źle. Był już po operacji, po której lekarze wydali wyrok: najwyżej trzy miesiące życia. Nie godząc się z tym okrutnym wyrokiem przeżył jeszcze prawie rok. Zmarł 13 lipca 2001 roku. Tę wiadomość trudno było przyjąć w odniesieniu do Niego jako człowieka zawsze tryskającego życiową energią.
Był niezwykle zaradny życiowo i zapobiegliwy. Przy nim zawsze czułam się bezpiecznie. Nie było trudnej sytuacji, z której nie znalazłby wyjścia” – wspomina żona Jadwiga. „Strasznie mi Go brakuje”- dodaje po chwili.
Całe życie marzył o mieszkaniu z widokiem z okna na morze. Gdy taka sposobność się nadarzyła nie wahał się ani chwili. Sprzedał z wielkim trudem wzniesiony w Człuchowie dom i przeniósł się do Świnoujścia. W ten sposób spełniło się jego życiowe marzenie. Decyzję o przeprowadzce tym łatwiej było mu podjąć, gdyż prowadzenie dużego domu z obszernym ogrodem, na dodatek po przebytym zawałach, stanowiło coraz większą trudność. W Świnoujściu dość szybko rozeszła się wieść o nim jako znakomitym nauczycielu matematyki. Wkrótce uczniów chętnych do pobierania korepetycji nie brakowało.
W opinii niektórych przedstawicieli człuchowskich władz oświatowych pewne jego poczynania budziły kontrowersje, jednak w naszej wdzięcznej uczniowskiej pamięci zapisał się jako dobry, wymagający, ale sprawiedliwy nauczyciel i wychowawca. Jestem przekonany, że należy pamiętać, iż wśród grona pedagogicznego liceum byli nauczyciele z takim podejściem do wykonywanego zawodu i z taką charyzmą jak On.
,,Śpieszmy się kochać ludzi, tak wcześnie odchodzą”
ks. Jan Twardowski
W styczniu 1999 roku zelektryzowała wielu człuchowian smutna wieść, że w noc sylwestrową zmarł w Niemczech Henryk Fajlhauer, były nauczyciel w Liceum Ogólnokształcącym im. Stefana Czarnieckiego w Człuchowie, utalentowany artysta w dziedzinie sztuk plastycznych i wspaniały człowiek.
Urodził się w Czechowicach – Dziedzicach na Śląsku w roku 1942.
W 1965 roku po studiach na wydziale sztuk pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, jako stypendysta Wojewódzkiej Rady Narodowej w Koszalinie, trafił do Człuchowa. Został nauczycielem wychowania plastycznego w liceum ogólnokształcącym. Miał niezwykłą łatwość adaptowania się w nowym środowisku. Niewiele czasu potrzebował, żeby zaprzyjaźnić się z nauczycielami i uczniami. Był człowiekiem otwartym ku światu i życzliwym dla ludzi. Swoim ujmującym uśmiechem łagodził napięcia i zjednywał sobie wszystkich. Jego zainteresowania wychodziły daleko poza program nauczania.
Z powodu braku domu kultury w Człuchowie liceum spełniało wówczas rolę centrum kulturalnego. Pracowało kilka kół artystycznych i przygotowywano na różne okoliczności programy estradowe.
Henryk Fajlhauer od razu dołączył do grupy nauczycieli, którzy się tą pracą zajmowali. Odtąd imprezy nabrały żywszych barw, każdej towarzyszyła wspaniała oprawa plastyczna. Objął też opiekę nad organizacją młodzieżową. Z młodzieżą przebywał długie godziny po zajęciach lekcyjnych. Z jego inspiracji powstała gazetka ,,Lico”, zainicjował ,,turnieje klas”, którymi rozbudził aktywność uczniów w wielu dziedzinach. Klasy rywalizowały ze sobą w dziedzinie nauki, frekwencji, sportu i osiągnięć artystycznych. Te metody bardzo wiązały młodzież ze sobą i angażowały jej energię.
<p”>Kiedyś powiedział, że musi w tej szkole zostawić trwały ślad po sobie. Słowa dotrzymał. W głównym wejściu do budynku liceum na ścianie po obu stronach schodów są duże płaskorzeźby- to jego dzieło. Przedstawiają w sposób symboliczny charakter regionu w takich motywach jak: zamek, prządka przy kołowrotku, rybak z siecią, domki, rośliny.
Miał tyle energii i pasji tworzenia, że praca w szkole mu nie wystarczała. W 1968 roku z jego inicjatywy powstał nauczycielski zespół muzyczny ,,i” pod patronatem Związku Nauczycielstwa Polskiego. Występował razem z kwartetem żeńskim prowadzonym przez Bogdana Barańskiego. Choć istniał niedługo, bo tylko cztery lata, zdążył zaznaczyć się wyraźnie w kulturze nie tylko województwa koszalińskiego. Odnosił zwycięstwa w konkursach, dzięki czemu wystąpił w Rybniku, Kaliszu, Opolu, Wrocławiu, Kołobrzegu, Bydgoszczy, Słupsku i Warszawie. Zdobył I nagrodę Ministra Oświaty i Szkolnictwa Wyższego na centralnym przeglądzie zespołów ZNP w Warszawie. Po nagrodzonym występie na Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze miał zaszczyt wystąpić razem z orkiestrą Stefana Rachonia w koncercie transmitowanym przez Interwizję. To są tylko niektóre sukcesy. Nagrał wiele piosenek dla radia i telewizji. W tym zespole zaczęła swoją karierę piosenkarską Krystyna Giżowska.
W roku 1972 Henryk Fajlhauer odszedł do Gdyni, spodziewając się znaleźć tam lepsze warunki do twórczości artystycznej. Od 10 lat mieszkał w Niemczech. Słyszeliśmy go niedawno, gdy w telewizji mówił o swojej twórczości, która przekroczyła granice kraju. Miał swoje wystawy ekslibrisów, grafik i innych prac plastycznych nie tylko w Bibliotece Czartoryskich w Krakowie, w Muzeum Narodowym w Wrocławiu, w Muzeum Zamkowym w Malborku, ale także w bibliotekach uniwersyteckich w Oxfordzie i Cambridge.
Henryk Fajlhauer zmarł nagle. Jego śmierć zaskoczyła wszystkich, którzy go znali, bo zawsze było w nim tak dużo życia. W Człuchowie mieszkał tylko 7 lat, ale wszyscy, którzy się z nim zetknęli, będą go pamiętali przez całe życie.
Kazimierz Mróz urodził się w Więcborku 03 grudnia 1908 roku w niezamożnej rodzinie. Po ukończeniu szkoły powszechnej w Więcborku – dzięki temu, że uzyskał stypendium – kształcił się w Państwowym Seminarium Nauczycielskim w Tucholi, które ukończył w 1928 roku. W latach 1928-1932 pracował jako nauczyciel w szkole powszechnej w Sępólnie Krajeńskim.
Na progu swej pracy złożył przysięgę, jak wszyscy nauczyciele – przysięgając Panu Bogu Wszechmogącemu, że ze wszystkich sił będzie się starał wykonywać swoje obowiązki, szczególnie w zakresie wychowania i nauczania powierzonej sobie młodzieży. W latach 1932-1933 pracował Kazimierz Mróz w szkole jednoklasowej w Jeleniu pow. Sępólno. W roku szkolnym 1933/1934 był studentem na Państwowym Wyższym Kursie Nauczania w Poznaniu, w zakresie matematyki i fizyki, po ukończeniu którego rozpoczął pracę w Szkole Powszechnej nr 4 w Chojnicach, w której pracował od 1934 do 1939 roku. W tym czasie był działaczem Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego oraz Polskiego Związku Zachodniego.
W czasie okupacji pracował m.in. jako robotnik rolny i pracownik hurtowni w Więcborku i Elblągu. Następnie od 01 marca 1946 r. do 31 lipca 1947 r. był nauczycielem w Szkole Podstawowej w Człuchowie, a od 1 września 1947 r. do 31 sierpnia 1953 r. w Państwowej Szkole Ogólnokształcącej w Człuchowie, gdzie 0d 1 grudnia 1951 r. pełnił funkcję zastępcy dyrektora.
W 1953 r. Kazimierz Mróz został powołany na stanowisko wizytatora szkolnictwa licealnego w Kuratorium Okręgu Szkolnego w Koszalinie. Na stanowisku tym pracował od 1953 do 1964 r. Ze względu na ciężką chorobę w 1964 r. musiał zrezygnować z dalszej pracy zawodowej. Zmarł w osamotnieniu 13 lipca 1968 roku. Spoczywa na cmentarzu w Koszalinie.
W 25 rocznicę śmierci profesora Kazimierza Mroza grono Jego uczniów zgromadziło się nad Jego mogiłą, aby pomodlić się za Jego duszę. Przyjaciel profesora pan dr Józef Dworzecki, a także nasz nauczyciel, w swoim przemówieniu powiedział do zgromadzonych uczniów: ,,Odszedł niezwykły człowiek, który był wśród nas i zarażał nas życzliwością, pracowitością, cierpliwością i niewyczerpana ruchliwością. Obdarzony był wielką pasją przekazywania wiedzy. Takim Go pamięta od pierwszych chwil, gdy dzielił się swą wiedzą zza pulpitu wykładowcy, tak przyjaźnie, tak skutecznie, jak tylko mógł to zrobić człowiek wielkiego serca i światłego umysłu”.
Zawsze znajdował czas na to, by żyć sprawami, które piętrzyły się przed oświatą, wielkimi i tymi na pozór najdrobniejszymi – ludzkimi kłopotami. Nie tylko na radach pedagogicznych lub na stanowisku wizytatora, ale przede wszystkim na co dzień – pomagał nam rozwiązywać zadania najtrudniejsze; przekuwać serca i umysły, kształtować osobowość na miarę Polaka patrioty.
Był postacią wyjątkową. Mówił przez całe życie prawdę. Obce Mu były wszelkiego rodzaju gry personalne. Opanowanie, spokój, takt pedagogiczny, a przede wszystkim wzór dobroci pozostanie na zawsze w naszej pamięci.
Gromadka zgromadzonych nad grobem Profesora uczniów, przyjaciół, nie miała innej okazji pożegnać Go, a więc czyni to 28 maja 1993 r. – odszukawszy po latach porośniętą trawą mogiłę. W dowód wdzięczności, pokonując trudności, wystawia wychowawcy nagrobek z napisem: ,,Kazimierz Mróz 1908-1968. Swojemu Profesorowi – uczniowie” zanosząc modły do Pana Wszechświata o wieczną dla Niego Nagrodę.
W smutku chylimy czoła nad grobem. Jest w tym geście i żal z odejścia bliskiego człowieka, i podziw dla wszystkiego, co składa się na wspomnienie, i zapewnia, iż sprawy, od których oderwała Profesora śmierć i Jego wskazania traktować będziemy jako testament”. Są to słowa, które płyną również z naszych serc – uczniów Profesora. Wspomnienie o Profesorze Kazimierzu Mrozie przywołuje przed oczy nade wszystko lekcje, na których Profesor odkrywał przed nami tajniki wiedzy z matematyki. Robił to z wielką pasją i oddaniem, a także z wyrozumiałością dla naszych słabości. Było nam dane uczęszczać na lekcje Profesora w latach 1949-1953. Byliśmy szczęśliwi, że matematyki uczył nas tak wspaniały Profesor. Po maturze rozjechaliśmy się w różne strony, aby rozpocząć studia lub pracę, nie w pełni może rozumiejąc wówczas, że wielki udział w powodzeniu na naszej drodze życiowej ma właśnie Profesor.
Z wielkim żalem przyjęliśmy wiadomość, już po wielu latach od śmierci Profesora, że zmarł po ciężkiej chorobie w osamotnieniu. Wielce oddany realizacji swojego nauczycielskie powołania niewystarczająco dbał o swoje zdrowie i życie osobiste, mając na względzie przede wszystkim wychowanie i nauczanie powierzonej sobie młodzieży.
Absolwenci człuchowskiego liceum z 1953r. Przedruk artykułu z „Merkuriusza Człuchowskiego”, 2001 r. nr 1-2 (27-28)
Data urodzenia Marcina Gołąba nie jest znana. W szkole nie zachowały się po nim żadne dokumenty poza protokołami Rady Pedagogicznej. Wiadomo, że pochodził z Żywca z niezamożnej rodziny chłopskiej – tak do dnia 09.03.2017 r. brzmiał pierwotny tekst. Dzięki dokumentom przysłanym przez Pana Edwarda Lipkowskiego (matura 1953) poznaliśmy datę i miejsce urodzenia Pana Profesora oraz datę i miejsce Jego śmierci. Profesor Marcin Gołąb urodził się w miejscowości Łęka dnia 1 listopada 1883 roku, był synem Antoniego i Tekli. Zmarł w Gorzowie dnia 14 lutego 1949 roku.
Poniżej przedstawiamy uaktualniony tekst dotyczący działalności Profesora autorstwa Pana Edwarda Lipkowskiego:
Dzięki swojej pracowitości i inteligencji zawdzięczał wszystko, co osiągnął. Wykształcenie uniwersyteckie (filologia klasyczna), wysokie kwalifikacje zawodowe, wielki autorytet wśród uczniów i nauczycieli, z którymi pracował.
Z jego postawy wynika, że został wychowany w duchu patriotycznym, jaki panował w szkołach polskich okresu międzywojennego. Hasło: ,,Bóg, Honor, Ojczyzna” było jego drogowskazem.
Został ciężko doświadczony przez wojnę. W powstaniu warszawskim stracił troje z czworga dzieci: dwóch synów i jedyną córkę.
Zanim pojawił się w Człuchowie, był dyrektorem Państwowego Gimnazjum i Liceum im. Króla Jana III Sobieskiego w Grudziądzu.
Do Człuchowa został oddelegowany przez Kuratorium Okręgu Szkolnego Pomorskiego w Toruniu, gdy na skutek próśb i nalegań rodziców, samorządu, organizacji społeczno- gospodarczych i inspektora szkolnego władza administracyjna zgodziła się na utworzenie Miejskiego Gimnazjum Koedukacyjnego Ziemi Człuchowskiej. Dr Marcin Gołąb zajął się organizacją pierwszej szkoły średniej, dla której nie było nawet pomieszczenia.
W szkole powszechnej (taką nazwę nosiły wówczas szkoły podstawowe) przy ulicy Armii Czerwonej (obecnie Szczecińska) wygospodarowany dla niej trzy sale: dwie klasy lekcyjne i pokój nauczycielski łącznie z kancelarią dyrektora.
Na dzień 4 września 1945 r. dyrektor Gołąb zarządzi wspólnie ze szkołą powszechna nabożeństwo w kościele parafialnym i inaugurację roku szkolnego. Czynności organizacyjne sprawiły, że zajęcia zaczęły się dopiero 1 października. W przemówieniu wygłoszonym a auli szkoły powszechnej w dniu inauguracji powiedział, że ,, narodziny nowej polskiej szkoły średniej są doniosłym zdarzeniem, które złotymi literami winno się zapisać w rocznikach miasta”. Oświadczył również, że jest zwolennikiem szkoły surowej i wymagającej, ale zarazem rozbrzmiewającej naturalną wesołością. Jest wielkim przyjacielem młodzieży, ale właśnie dlatego będzie żądał od niej spełniania obowiązku bez reszty. Jest również zwolennikiem ścisłej współpracy szkoły z domem rodzinnym, ale od naczelnych postulatów szkoły nie odstąpi. Przyszłość wykazała, że dokładnie spełniał swoje zapowiedzi.
Był humanistą z wykształcenia, ale w pierwszym roku pracy w Człuchowie nauczał różnych przedmiotów, także matematyki, bo posiadał rozległą wiedze, a było tylko dwóch nauczycieli etatowych. Szkole poświęcił wszystkie swoje siły. Jej organizację musiał zaczynać od zera, bo nie było niczego. Z powodu braku podręczników zainicjował przepisywanie i kopiowanie tekstów z własnych książek oraz map niemieckich, wpisując nazwy polskie. Kompletował bibliotekę, wzbogacając ja własnymi książkami. Jego celem była integracja bardzo zróżnicowanej młodzieży, ,,zacieranie zbyt jaskrawych różnic dzielnicowych” oraz budowanie związków w tworzącej się społeczności człuchowskiej. Miały temu służyć, oprócz zajęć lekcyjnych, organizacje młodzieżowe. Powstała więc drużyna harcerska, drużyna PCK, Służba Polsce i Liga Morska. Przez te organizacje młodzieży aktywnie uczestniczyła w życiu miasta: uprzątała gruzy, organizowała dożywianie uczniów, urządzała imprezy sportowe i artystyczne.
Z inicjatywy dyrektora założono Koło Członków Spółdzielni Wydawniczej ,,Czytelnik” wśród rodziców. Przystąpiło do niego 40 osób. Celem koła było dostarczanie uczniom odpowiedniej lektury.
Dyrektor Marcin Gołąb posiadał taką umiejętność postępowania z młodzieżą, ze wiele inicjatyw wychodziło wprost od niej. W krótkim czasie uczynił z niej zgodną zjednoczoną społeczność, mimo że uczniowie wywodzili się z rodzin o różnym poziomie kultury i z różnych regionów Rzeczpospolitej.
Posiadał wielki talent pedagogiczny, wysoką kulturę osobista, dbał o zdrowie powierzonej sobie młodzieży, dlatego wkrótce stał się autorytetem w szkole i w mieście. Jako ideał wychowawczy podkreślał służbę dla prawdy, dobra i piękna, kult pracy dla państwa i społeczeństwa. Wychowanie patriotyczne i etyczne zgodne z dekalogiem uważał za obowiązek szkoły. 26 czerwca 1947 roku podczas podniosłej uroczystości zakończenia roku szkolnego delegat Wojewódzkiej Rady Narodowej w Szczecinie (Człuchów należał już wówczas do województwa szczecińskiego) w przemówieniu wyraził wielkie uznanie dla osiągnięć szkoły mimo tak ogromnych braków i trudności.
Dr Marcin Gołąb nie znalazł jednak uznania u władz miejskich i powiatowych Człuchowa.
Z protokołów Rady Pedagogicznej wynika, ze stosunki szkoły z rodzicami i społeczeństwem były bardzo dobre, natomiast z Powiatową Rada Narodową „więcej niż obojętne”. Nie skończyło się jednak na obojętności. Zakwestionowane zostały jego ideały i metody wychowawcze przez czynniki partyjne i Urząd Bezpieczeństwa. Zaczęły się przesłuchania i szykany. Zdarzyło się, że funkcjonariusz UB z psem wszedł do klasy w czasie lekcji. Dyrektor wyprosił go i lekcji nie przerwał. Była uczennica wspomina, że od tej chwili nikt już nie mógł skupić się na temacie, ale wszyscy wpatrywali się w czerwoną pręgę na czole dyrektora.
3 maja 1946r. Marcin Gołąb zebrał młodzież w auli i wygłosił mowę o znaczeniu Konstytucji 3 Maja. W czasie przemówienia wszedł ,,ubowiec”. Oznaczało to, że w szkole jest donosiciel. Zdemaskowano go wkrótce – był to uczeń. Pod presją potępienia sam opuścił szkołę.
Za taką demonstrację uczuć patriotycznych rzekomo odebrano dyrektorowi prawo uczestnictwa w referendum 3 x tak, które odbywało się w czerwcu 1946 roku (nie jest to wiadomość udokumentowana, ale oparta na wspomnieniach uczniów). Było to dla niego jako Polaka i obywatela źródłem osobistego dramatu. Mimo wyraźnej politycznej nagonki nie dał się złamać i nie okazał pokory wobec wszechwładnej partii i Urzędu Bezpieczeństwa. W pismach kierowanych do niego przez te czynniki podkreślał błędy i odsyłał do nadawców z odpowiednim komentarzem.
Nie miał względów dla arogancji i nieuctwa ludzi na urzędach, od których wymagał umiejętności i kultury. Nie mogło się to podobać tym, którzy uważali, że mają niepodzielną władzę i przywykli do upokorzenia przeciwników. Nie mogli jednak zarzucić mu konkretnego występku, który mógłby być powodem do zwolnienia go ze stanowiska. Wykorzystano więc reformę oświaty w roku 1948 – utworzenie jedenastolatki i nie uwzględniono go w planach organizacji nowej szkoły. W sierpniu 1948 roku dr Marcin Gołąb opuścił Człuchów. Nierówna walka o ideały dobra i piękna, szykany i upokorzenia- wszystko to mocno nadwyrężyło jego zdrowie. Z początkiem nowego roku szkolnego podjął pracę w seminarium duchownym w Gorzowie Wielkopolskim, ale na bardzo krótko. Zmarł w listopadzie tego samego roku. Pochowano go w rodzinnym Żywcu.
Wiadomość o jego śmierci młodzież człuchowskiej szkoły przyjęła z ogromnym smutkiem, wręcz z rozpaczą, której nie kryła wobec jego przeciwników. W następnym roku szkolnym 1949/50 nie utworzono szkole klasy XI-maturalnej. Być może z powodu małej ilości uczniów (choć jest to powód wątpliwy), ale społeczność szkolna i miejska odczuła to jako zemstę za demonstrację przywiązania do dyrektora i rozpaczy po jego śmierci. Jaka była prawda, tego się już nie dowiemy. Wiadomo tylko, że uczniowie klasy musieli sobie szukać miejsca w innych szkołach. Jeden poszedł do Chojnic, a reszta do Szczecinka i tam w roku 1950 zdawali maturę. Pamięć o dyrektorze Marcinie Gołąbie pozostała żywa do dziś wśród tych, którzy go znali.
Monografia wydana z okazji 60-lecia szkoły, Człuchów 2005.