Autor: lo-admin

  • Małgorzata Domagalska (1965-2018)

    Małgorzata Domagalska (1965-2018)

    Gosiu.


    Są pożegnania, na które nigdy nie będziemy gotowi. I tak właśnie cała społeczność naszej szkoły nie jest gotowa na pożegnanie z Tobą. Jeszcze kilka dni temu rozmawialiśmy z Tobą o klasówkach, mapkach, o przygotowywaniu uczniów do olimpiady geograficznej.


    A dziś, gromadzi się tu z Tobą grono nauczycieli, na ostatniej radzie pedagogicznej. Są tu także Twoi uczniowie i absolwenci, którzy przyszli z potrzeby serca, żeby podziękować za Twój trud i wysiłek w pokazywaniu świata, jego piękna i objaśnianie tego, co w tym świecie trudne i niezrozumiałe.


    Kochałaś swoją pracę. I powiemy za poetą, że Twój trud nie umrze wraz z Tobą, będzie żył w słonecznych oczach rozkwitłych w dojrzałość.


    Gosiu, byłaś uparta i wytrwała, nigdy się nie poddawałaś, nie zakładałaś niepowodzenia i nie mówiłaś, że nie podołasz. Byłaś bardzo pracowita i odpowiedzialna.
    Byłaś nauczycielem po kres swoich dni. Pokazałaś, jak być cichym i pokornym człowiekiem i jak dzielnie i pięknie można cierpieć. Nawet swoim dramatycznym odejściem pokazałaś, ile jest wart dla człowieka drugi człowiek, jakim jest dla niego darem jego przyjaźń, jego więź i spotkanie z nim. Pokazałaś, co jest miarą człowieczeństwa. Tylko wielki człowiek z niezwykłą godnością znosi chorobę i cierpienie. Umiałaś walczyć z chorobą, zachowując do końca pogodę ducha i miałaś tyle planów i zamierzeń. Ale wobec tajemnicy śmierci człowiek jest bezsilny, zostają zachwiane jego ludzie pewniki.


    Żyjemy tak długo, jak długo trwamy w pamięci innych. Gosiu, my Ciebie nie zapomnimy. Ty też tam u góry pamiętaj o nas. Pozostaniesz w naszej pamięci, bo naprawdę umierają tylko ci, o których zapominamy.


    Twoich najbliższych zapewniamy o naszym wsparciu i dobrym słowie.

    Gosiu, jakie to życie jest krótkie. Do zobaczenia. Pa

    Krystyna Łuczycka

  • Jadwiga Loroch (1942-2012)

    Jadwiga Loroch (1942-2012)

    Jadwiga, a dla bliskich Jagoda, urodziła się 21 marca 1942 r. w Częstochowie. Tam spędziła młodzieńcze lata uczęszczając do szkoły podstawowej i liceum. Po dopiero co ukończonych studiach na Wydziale Romanistyki Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu nauczycielski los rzucił Jagodę do Człuchowa, do miejscowego liceum.

    W 1964 roku wraz z mężem Jerzym dołączyli do grona pedagogicznego we wspomnianym liceum, wtedy gdy ja rozpoczynałem tam naukę. To właśnie dzięki tej parze nauczycielskiej w „ogólniaku” nastała nowa era w dziedzinie nauczania fizyki i języka francuskiego.


    Jagoda przejęła ówczesne klasy maturalne i równolegle rozpoczęła nauczanie u nas – pierwszoroczniaków. W klasach maturalnych, po znacznej przerwie i zaniedbaniach w nauczaniu języka francuskiego, trzeba było zaczynać od „être” i „avoir”, to znaczy niemal od podstaw. Tam już niewiele można było osiągnąć.

    Natomiast w naszych klasach w trakcie nauki języka nie tylko świetnie uczyła prawideł i słownictwa, ale potrafiła zaszczepić w nas ogromną sympatie do francuskiej literatury i sztuki. To właśnie dzięki tym lekcjom ochoczo oddawaliśmy się lekturze książek autorstwa znanych francuskich pisarzy, a także zapragnęliśmy poznać sztuki teatralne modnych wówczas francuskojęzycznych autorów.

    W sposób emocjonalny i niezwykle plastyczny potrafiła nasza przewodniczka po francuskiej kulturze przedstawić nie tylko klimat paryskich dzielnic Montmartre i Dzielnicy Łacińskiej, ale także umiała sugestywnie opowiadać o różnych dziedzinach zwykłego francuskiego życia przez co wzmagała w nas chęć poznania tego niedostępnego dla nas wówczas „świata”.

    Niestety, na skonfrontowanie naszych umiejętności językowych musieliśmy jeszcze długo czekać, ale gdy już do tego doszło, okazało się, że poznaliśmy tajniki języka nad wyraz dobrze. Dzięki naszej wspaniałej Nauczycielce.

    Po maturze niektórzy z nas te sztywne i oficjalne relacje „uczeń – nauczyciel” zamieniło w wielu przypadkach na relacje koleżeńskie lub wręcz przyjacielskie. Dotyczyło to w szczególności Jagody. Otaczało Ją oddane grono byłych uczniów, szczególnie w środowisku człuchowskim. Nie tak dawno opowiadała mi z ogromnym wzruszeniem o fecie, jaką zorganizowali Jej byli uczniowie z okazji jubileuszu siedemdziesiątych urodzin.

    Swego czasu była też zaproszona przez swoją byłą uczennicę do Francji. „Byłam tam goszczona jak angielska królowa” – opowiadała mi o tej wizycie.

    Zawsze mogliśmy liczyć na Jej obecność i dobre słowo zarówno na naszych kameralnych spotkaniach koleżeńskich, organizowanych z okazji kolejnych rocznic zdania matury i ukończenia liceum jak i na ogólnoszkolnych zjazdach.

    Jagoda uczyła nieprzerwanie w człuchowskim liceum, aż do przejścia na emeryturę. Cały czas w trakcie pracy systematycznie doskonaliła swój dydaktyczny warsztat, osiągając coraz to lepsze efekty edukacyjne. Spod Jej ręki wyszła i wyruszyła w świat niezliczona rzesza absolwentów człuchowskiego ogólniaka, którym Jej lekcje mocno zapadły w uczniowskich sercach i pamięci. To między innymi właśnie dlatego nam, starszym absolwentom Jej nazwisko zawsze jednoznacznie kojarzyć się będzie z nauczaniem języka francuskiego w tymże liceum.

    Otrzymaliśmy cenny kapitał, który później procentował w różny sposób. „Bez znajomości języków obcych człowiek czuje się gorzej niż bez paszportu”- mawiał Antoni Czechow.

    Jagoda bardzo przeżyła chorobę i śmierć męża, ale stosunkowo szybko udało się Jej przezwyciężyć to traumatyczne doświadczenie życiowe i ponownie rzucić w wir codziennych spraw. Jak dawniej była pełna wigoru, snuła plany na dalsze lata i… nagle to wszystko zostało tak tragicznie przerwane, gdzieś w pół drogi…. C’est la vie…

    Z pewnością teraz, już gdzieś w Zaświatach, prowadzi swoją kolejną lekcję języka francuskiego, która nie ma początku i nie będzie miała końca…..

    dr Aleksander Stawicki

  • Jerzy Loroch (1939-2010)

    Jerzy Loroch (1939-2010)

    Verba docent, exempla trahunt – słowa uczą, przykłady pociągają. Tej pięknej i uniwersalnej maksymy użyłem niedawno, pisząc i publikując esej o dokonaniach pedagogicznych Jerzego Lorocha. Nie przypuszczałem wtedy, że tak szybko stanie się swego rodzaju epitafium dla zmarłego Profesora.
    Odszedł od nas przedwcześnie. Słusznego wzrostu mężczyzna o wyprostowanej sylwetce, zawsze elegancko i modnie ubrany, z krótko przystrzyżoną fryzurą, w okularach  z mocną dawką ujemnych dioptrii, z nieco orlim nosem, z nieodłącznym papierosem, z charakterystyczną wymową „r” i z nauczycielskim pseudonimem. Zawsze skromny, niezwykle uczciwy i prawy człowiek. Takim Go zapamiętamy.
    Był także uroczym gawędziarzem i interesującym interlokutorem. Nigdy nie zapomnę prowadzonych z Nim długo w noc „rodaków rozmów”.
    Pożegnany niezwykle uroczyście i z należnymi honorami, w asyście pocztów sztandarowych, w otoczeniu Rodziny, tłumnie zgromadzonych mimo listopadowej słoty przyjaciół, koleżanek i kolegów z dawnej pracy, a nade wszystko w otoczeniu licznie przybyłych z różnych zakątków kraju uczniów i wychowanków. Pochowany został na człuchowskiej nekropolii.
    Urodził się w Bydgoszczy. Nie miał łatwego życia. We wrześniowej zawierusze wojennej zaginął Jego ojciec i nigdy, mimo usilnych poszukiwań, się nie odnalazł. Matkę stracił w wieku 13 lat i zaopiekowały się Nim jej siostry mieszkające w Gnieźnie i jego okolicach.
    Do Człuchowa przybył w 1964 roku i podjął pracę w miejscowym liceum. Wcześniej przez krótki czas pracował z trudną młodzieżą w zakładzie Wychowawczym w Owińskach pod Poznaniem.
    Można bez przesady stwierdzić, że z chwilą dołączenia Jerzego do grona pedagogicznego, w liceum nastała nowa era w dziedzinie nauczania fizyki, nastąpił przełom w nauczaniu tego specyficznego i trudnego przedmiotu, a na efekty nie trzeba było długo czekać. Nie sposób wymienić wszystkich osiągnięć dydaktycznych Profesora, z całą mocą należy jednak podkreślić, że Jego nauczycielski trud wydał plon obfity.
    Największym skarbem tego plonu są Jego wychowankowie. Jestem przekonany, że Profesor był z nich bardo dumny. Są wśród nich „belwederscy” profesorowie o międzynarodowej sławie i uznanym autorytecie: Andrzej Skowroński i Jan Lubiński. Są także wysokiej rangi oficerowie i dowódcy, jak na przykład admirał floty Roman Krzyżelewski. Są również dyrektorzy szkół i dużych zakładów pracy, wzięci adwokaci, poważni biznesmeni, burmistrzowie miast i wielu innych.
    To właśnie profesor sprawił, że garnęło się do niego wielu uczniów łaknących dodatkowej wiedzy z prowadzonego przezeń przedmiotu. Fizyka była Jego życiową pasja, której poświęcił się całkowicie. Wymagający, ale zawsze sprawiedliwy i życzliwy uczniom. Zdecydowanie nie tolerował jednej rzeczy – nieuctwa.
    To On rozbudzał wśród nas, jak nikt inny, ducha zdrowej rywalizacji. To On sprawił, że przed wieloma nami, absolwentami prowincjonalnego liceum, otwierały się podwoje różnych znanych uczelni. To dzięki Niemu wielu z nas obrało słuszną drogę swojej zawodowej i naukowej kariery.
    Do niedawna brał udział we wszystkich naszych spotkaniach, zarówno tych oficjalnych, organizowanych z okazji okrągłych rocznic utworzenia „ogólniaka”, jak i tych klasowych, niekiedy bardzo kameralnych. Do niedawna…..
    Brał w nich udział z wielką chęcią i my bardzo chcieliśmy Go gościć. Zawsze w trakcie tych spotkań staraliśmy się Go w jakiś szczególny sposób uhonorować. Najczęściej wyrazem sympatii i wdzięczności był wręczany duży bukiet kwiatów. Na ostatnie pożegnanie byli uczniowie i wychowankowie złożyli Profesorowi ogromnych rozmiarów wieniec w kształcie serca, utkany z czerwonych róż i gron jarzębiny.
    Podczas ostatniego spotkania klasowego, zorganizowanego latem tego roku, mogliśmy Go jedynie odwiedzić w szpitalnej izbie, powalonego nagłym przypływem choroby.
    Na jednym z ostatnich licealnych zjazdów zastępował nam zmarłego równie przedwcześnie wychowawcę klasowego, Eugeniusza Jędrzejewskiego. Kto na najbliższym zjeździe zastąpi Jerzego?
    Nasz szacunek, jakim darzyliśmy Profesora, wynikał przede wszystkim stąd, że w niełatwych przecież czasach naszej licealnej nauki potrafił na miarę swoich możliwości chronić naszą uczniowską godność.
    Jerzy był  nie tylko wspaniałym pedagogiem i nauczycielem, ale dla mnie i dla uczniów mojego pokolenia był przede wszystkim druhem i niewiele starszym od nas kompanem, doskonale rozumiejącym nasze młodzieńcze wówczas temperamenty. To zapewne z tego powodu wielu z nas, zaraz po zdaniu matury nawiązało z Nim koleżeńskie i przyjacielskie więzy, które trwały do ostatnich chwil.
    Jurku, na zawsze pozostaniesz w naszej wdzięcznej, uczniowskiej pamięci.

    Aleksander Stawicki

  • Franciszek Blechacz (1927-2007)

    Franciszek Blechacz (1927-2007)

    Urodził się 6 października 1927r. w miejscowości Topola w powiecie wyrzyskim. Było to wówczas pogranicze polsko- niemieckie. Ojciec jego był nauczycielem i kierownikiem polskiej szkoły w Olszewce, a w drugiej części tego samego budynku mieściła się szkoła niemiecka.

    Franciszek Blechacz dobrze wspominał stosunki między obiema rodzinami nauczycielskimi. Odżyły one nawet po latach z inicjatywy Niemca- rówieśnika.

    W 1939 roku przerwał naukę i, choć był jeszcze dzieckiem, został przymuszony do pracy przy kolei wąskotorowej. Powstałą lukę w edukacji uzupełniał po wojnie na Wieczorowych Kursach Gimnazjalnych i Licealnych przy Państwowym Gimnazjum i Liceum im. Bolesława Krzywoustego w Nakle n/Notecią.

    W latach 1948-1951 studiował na wydziale matematyczno- fizycznym w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku. Taj jak wszyscy studiujący w tym czasie, uzyskał dyplom I stopnia, a studia magisterskie ukończył w trakcie pracy w roku 1969. W 1951r. nakazem pracy został skierowany do Liceum Pedagogicznego w Złotowie, gdzie był nauczycielem matematyki i fizyki, a od roku 1953 również zastępcą dyrektora. Pracował tam do roku 1957. Po drodze do Człuchowa był jeszcze epizod- nauczanie w Wieczorowej Szkole Ogólnokształcącej dla Wojskowych w Debrznie.

    W Liceum Ogólnokształcącym w Człuchowie podjął pracę w r. 1958 jako nauczyciel fizyki, a już po kilku miesiącach został zastępcą dyrektora. W roku 1959 w związku z odwołaniem dyrektora Jerzego Trybulskiego przekazano mu obowiązki dyrektora szkoły, a decyzja ta została zatwierdzona nominacją w roku 1960.

    Faktycznie kierował szkołą od r. 1959 do 1986, czyli do czasu przejścia na emeryturę, a więc 27 lat. Jest to swoisty rekord. Nikt przed nim ani po nim nie może się poszczycić takim stażem dyrektorskim W ciągu tych lat szkoła kilkakrotnie zmieniała nazwę, bo zmieniała się jej organizacja. Było to spowodowane reformą szkolnictwa i potrzebami lokalnymi. Do liceum dołączono lub odłączono od niego szkołę podstawową i Wieczorowe Liceumdla Pracujących.

    Pracy zatem było bardzo dużo, a jednak znajdował czas na działalność kulturalna. Jego żywiołem była muzyka- grał na pianinie i na akordeonie. Jego granie towarzyszyło wszelkim imprezom rozrywkowy w środowisku nauczycielskim. Bywało, że zabierał akordeon na wycieczkę szkolną i przygrywał młodzieży w autokarze. Uczniowie bardzo to lubili i wielu go naśladowało. Powstawały zespoły instrumentalne i wokalne- życie kulturalne w szkole pod Jego dyrekcją osiągnęło niebywale wysoki poziom. Niektórzy uważali, że zdominowało inne dziedziny i pochłaniało zbyt dużo czasu młodzieży. Działo się tak za sprawą zespołu pieśni i tańca ,,Zielone Lata” prowadzonego przez Danutę Blechacz, który składał się z wielu grup tanecznych i przez wiele lat nie oddawał pierwszego miejsca w województwie. W niektórych imprezach artystycznych występowało do 140 osób.

    Dyrektor nie tylko patronował tej działalności, ale osobiście w niej uczestniczył, prowadząc zespół muzyczny przygrywający do tańców.

    Uczniowie jeżeli nawet narzekali na nadmiar zajęć, dzis serdecznie wspominają te pracę. Znalazła to odbicie również w ,, Merkuriuszu Człuchowskim „ w artykułach Aleksandra Stawickiego. Franciszek Blechacz miał autorytet w szkole niewymuszony surowością i rygorami, ale przeciwnie, był człowiekiem wyrozumiałym i łagodnym. W gronie nauczycielskim traktowany był jak dobry kolega, którego jednak trzeba słuchać i respektować jego polecenia, wynikające z piastowanej funkcji. Wymagał wykonywania nałożonych zadań, ale nie narzucał nikomu swojego zdania zarówno w relacjach z nauczycielami jak i uczniami.

    Dyrektor Zespołu Szkół Ponad gimnazjalnych( obecna nazwa szkoły) Ewa Hryszkiewicz mówi o tym, wspominając swoje lata uczniowskie: ,, Często prowokował dyskusje, aby zmusić nas do myślenia i zajęcia własnego stanowiska w danej sprawie. Jego nauczanie polegało przede wszystkim na wskazywaniu ścieżek. Mieliśmy zawsze kilka dróg wyboru, jednakże wybór był zawsze nasz, a On go akceptował. To była piękna cecha Jego charakteru. Taka postawa cechuje tylko niektórych, a ci, którzy potrafią w ten sposób traktować swoich uczniów, określani są mianem mistrzów. Większość z nas absolwentów Liceum Ogólnokształcącego zapamięta Go właśnie jako swego mistrza”.

    Po przejściu na emeryturę nie pogrążył się w bezczynności, ale jako członek Związku Nauczycielstwa Polskiego dołączył do Sekcji Emerytów i Rencistów ZNP i zaangażował się w jej działalność kulturalną na rzecz wszystkich emerytów i rencistów placówek oświatowych w Człuchowie. Skompletował sześcioosobowy zespół muzyczny, którym kierował do końca, dostarczając emerytom wiele przyjemności na cotygodniowych spotkaniach i imprezach okolicznościowych.

    Ostatnie lata przeżył jako przewodniczący Sekcji Emerytów i Rencistów ZNP, pracując do ostatniego dnia, do chwili wyjazdu do szpitala, z którego wrócił w trumnie. Jego praca w związku jest bardzo wysoko oceniana przez Zarząd Okręgu ZNP w Gdańsku oraz przez tych, dla których pracował. Wyrazem oceny jego postawy jako nauczyciela, dyrektora i działacza kulturalnego są liczne odznaczenia, których nie sposób wymienić, a których najważniejsze to: Złoty Krzyż Zasługi, Medal Komisji Edukacji Narodowej, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Złota Odznaka ZNP, Zasłużony dla Województwa Słupskiego.

    Franciszek Blechacz zmarł 15 czerwca 2007r. został pochowany w Alei Zasłużonych cmentarza komunalnego w Człuchowie.

    Teresa Bagińska


    Artykuł został zamieszczony w „Merkuriuszu Człuchowskim” nr 2-3 (52-53) z 2007 roku

  • Adolfina Tupaj (1928 – 2007)

    Adolfina Tupaj (1928 – 2007)

    Urodziła się 1 stycznia 1928 r. we wsi Antonówka w powiecie Tomaszów Lubelski. Rodzice jej mieli niewielkie gospodarstwo rolne, które w czasach stalinowskich zostało wcielone do spółdzielni produkcyjnej. Szkołę średnią ukończyła w Tomaszowie Lubelskim i jako niewykwalifikowana nauczycielka podjęła na rok pracę w szkole podstawowej w przygranicznej miejscowości Hrebenne.

    W latach 1950-1953 studiowała historię na wydziale humanistycznym Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Gdańsku i, uzyskawszy dyplom, została nakazem pracy skierowana do Państwowej 11- letniej Szkoły Ogólnokształcącej w Złotowie. W tych czasach studia na uniwersytetach i wyższych szkołach pedagogicznych trwały tylko trzy lata i kończyły się dyplomem, ale bez tytułu magistra. Zostały tak skrócone ze względu na ogromne braki kadrowe w powojennej Polsce. Był to tzw. I stopień. Stopień II kończący się magisterium miały tylko niektóre uniwersytety i przeznaczony był dla tych, którzy zamierzali poświęcić się nauce. Dopiero po kilku latach, gdy zostały zaspokojone najważniejsze potrzeby kadrowe, przeprowadzono reformę studiów, przedłużając je do pięciu lat. Absolwenci pierwszego stopnia przeważnie podejmowali studia uzupełniające w trakcie pracy i zdobywali tytuł magistra, choć nie mieli tego obowiązku.

    Adolfina Tupaj ukończyła studia magisterskie w roku 1976 na Uniwersytecie Gdańskim, który powstał na bazie Wyższej Szkoły Pedagogicznej. Pracowała już wówczas od dawna w Liceum Ogólnokształcącym w Człuchowie, do którego została przeniesiona ze Złotowa w 1955. Nauczała historii oraz wiedzy o Polsce i świecie współczesnym. Ten drugi przedmiot zmieniał nazwę w różnych okresach i wymagał szczególnych zdolności dyplomatycznych, żeby nie podpaść władzy i zostać sobą w interpretacji współczesnej rzeczywistości. Była dobrą nauczycielką i dawała sobie radę z tymi trudnościami. Udało jej się nie wstąpić do żadnej partii, choć jej przedmioty nauczania tego rzekomo wymagały. Miała w sobie dużo ciepła i życzliwości dla młodzieży. Nie są znane żadne jej konflikty z uczniami czy innymi nauczycielami. Była niezmiernie wrażliwa na wszelkie przejawy niesprawiedliwości i krzywdy, nieco zamknięta i wyciszona. Rzadko zwierzała się komuś ze swoich trosk, których nie szczędziło jej życie osobiste. Młodzież ceniła jej łagodność, cierpliwość i taktowność.

    Dyrektorka Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych Ewa Hryszkiewicz, która jest absolwentką Liceum w mowie pożegnalnej na pogrzebie powiedziała: ,, Pamiętamy z jaką łatwością skupiała wokół siebie młodzież, z jakim zapałem i radością dzieliła się na nią swoim doświadczeniem. Ja sama jestem jedną z jej dawnych uczennic. Wyrosłam na jej naukach, dała mi wspaniałą podstawę, do rozwijania własnych zainteresowań i pasji, dopingowała w przezwyciężaniu przeciwności losu”.

    Adolfina Tupaj przepracowała w liceum 27 i pół roku. Odeszła na emeryturę 31 grudnia 1982 roku. Za swoją pracę doczekałą się również wielu wyrazów uznania ze strony władz oświatowych i samorządowych. Są to: Medal Komisji Edukacji Narodowej, Złoty Krzyż zasługi, Zasłużony dla Miasta Człuchowa, Za Zasługi dla Województwa Słupskiego, nagroda II stopnia Ministra Oświaty i Wychowania.

    Zmarła 21 kwietnia 2007 roku i została pochowana na cmentarzu komunalnym w Człuchowie, daleko od stron rodzinnych. Dyrektor Ewa Hryszkiewicz, odnosząc się do znanych słów rzymskiego poety Horacego ,, Non omnis moriar „ powiedziała przy grobie: ,,Tak, nie wszystko umiera, bo Pani profesor Adolfina Tupaj pozostawiła po sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu ryty…bo…żyć będzie sławą wciąż trwającą u potomnych: w sercach rodziny, wielu pokoleń wychowanków i absolwentów, koleżanek i kolegów nauczycieli i mieszkańców ziemi człuchowskiej”.

    Artykuł został zamieszczony w „Merkuriuszu Człuchowskim” nr 2-3 (52-53) z 2007 roku.

  • Józef Lewandowski (1930-2004)

    Józef Lewandowski (1930-2004)

    23 stycznia 2004 roku odszedł na zawsze emerytowany nauczyciel języka rosyjskiego i wychowania obronnego w Liceum Ogólnokształcącym im. Stefana Czarnieckiego w Człuchowie, Józef Lewandowski. Ludzie tworzą historię, kształtują rzeczywistość i przemijają. Zostaje po nich pamięć czasem na długość życia następnego pokolenia, a czasem jakiś mocniej odciśnięty ślad na życiowej drodze przetrwa dłużej niż od innych.

    Poeta Konstanty Ildefons Gałczyński napisał przed laty: ,,Jesteśmy w pół drogi, droga pędzi z nami bez wytchnienia, chciałbym i mój ślad na drodze ocalić od zapomnienia”.

    Według niego, każda chwila i każdy przejaw życia godny jest ocalenia, bo jest jedyny i niepowtarzalny. Niestety przemijanie jest prawem natury, którego nic nie zmieni. Wbrew temu prawu, śmierci każdego człowieka towarzyszy żal pozostałych przy życiu osób i pragnienie ocalenia z jego najlepszej cząstki. Józef Lewandowski, który ćwierć wieku ze swego życia poświęcił człuchowskiej oświacie, zasłużył sobie na pamięć wielu ludzi i miejsce w piśmie ,,Merkuriusz Człuchowski” starającym się przypominać i utrwalać ważne zjawiska z życia miasta i okolicy.

    Urodził się w Sierpcu na Mazowszu 20 marca 1930 roku. Szkołę średnią ukończył w Krakowie, filologię rosyjską studiował we Wrocławiu i Opolu. Należał do tego pokolenia, które nie z własnego wyboru znalazło się na ziemiach zachodnich, ale z nakazu pracy. W latach pięćdziesiątych absolwenciold wyższych uczelni nie mieli przywileju wybierania sobie miejsca pracy i zamieszkania, ale musieli iść tam, gdzie byli najbardziej potrzebni i gdzie skierowała ich władza. Na ziemiach odzyskanych były wielkie potrzeby kadrowe w każdej dziedzinie, a największe w oświacie, bo ona nie mogła czekać – stąd nakazy pracy dla młodych nauczycieli. Po odrobieniu nakazu, co trwało trzy lata, można było wrócić w rodzinne strony lub wybrać sobie dowolne miejsca osiedlenia. Wielu jednak zostało i tu stworzyło swój dom. Do nich należał Józef Lewandowski.

    Po ukończeniu studiów, w roku 1954, został skierowany do Liceum Ogólnokształcącego w Słupsku. Po sześciu latach w roku 1960 przeniósł się do Człuchowa i w Liceum Ogólnokształcącym im Stefana Czarnieckiego pracował aż do przejścia na emeryturę w roku 1985. Przez cały czas nauczał języka rosyjskiego, a okresami również przysposobienia obronnego, ponieważ regularne szkolenie wojskowe w czasie studiów dawało mu prawo i kwalifikacje do nauczania tego przedmiotu.
    Jako wyróżniający się specjalista był w latach 1972-1978 wizytatorem – metodykiem języka rosyjskiego i przysposobienia obronnego, pozostając ciągle w związku z Liceum Ogólnokształcącym.

    Był nauczycielem bardzo wymagającym, perfekcjonistą, nie uznawał żadnego działania ,,na niby”. Niektórzy uczniowie mieli mu to za złe, zwłaszcza ci, którzy chcieli przejść przez szkołę bez wysiłku lub też traktowali język rosyjski jako zło konieczne i przejaw zniewolenia Polaków, ponieważ język ten był obowiązkowy, a nie wybrany, tak jak jest dzisiaj. Charakterystyczny jest fakt wśród młodzieży, że stosunek do języka obcego jest często wyrazem poglądów politycznych. Po drugiej wojnie światowej młodzież nie chciała uczyć się języka niemieckiego i odrzucała wszystko, co niemieckie. Potem przyszła kolej na język rosyjski. Niechęcią do niego manifestowano niezadowolenie z sytuacji politycznej Polski, co dla niektórych było wygodnym usprawiedliwieniem nieuctwa. Pamiętam ucznia, który trafił do liceum człuchowskiego z Warszawy i był nie mile zdziwiony, że w tej szkole traktuje się język rosyjski z taką powagą, jak inne przedmioty.
    Na szczęście te czasy są już za nami. Obecnie już młodzież rozumie, że znajomość każdego języka obcego, bez względu na sympatie polityczne, jest bardzo ważna i potrzebna.

    Wartość pracy Józefa Lewandowskiego uczniowie docenili będąc już absolwentami, gdy swoje umiejętności w zakresie języka rosyjskiego musieli prezentować na wyższych uczelniach i okazywało się, że są lepsi od innych. Nie żałował on trudu, gdy chodzi o przygotowanie uczniów do egzaminów wstępnych, spotykał się z nimi po obowiązkowych zajęciach i czynił to bezinteresownie. Wspomina o tym z wdzięcznością znany z licznych wypowiedzi w naszym piśmie Aleksander Stawicki, który sam takiej pomocy doznał i to on właśnie jest inicjatorem utrwalenia sylwetki tego nauczyciela na łamach ,,Merkiusza Człuchowskiego”. Za 31 lat wzorowej pracy pedagogicznej na Pomorzu, w tym 25 lat w Człuchowie, Józef Lewandowski został uhonorowany wieloma odznaczeniami. Wymieniam tylko te najważniejsze: Medal Komisji Edukacji, Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Zasłużony dla Miasta Człuchowa.

    Imię jego pozostanie w pamięci kolegów – nauczycieli i uczniów, z których wielu także zostało nauczycielami. Swoją wiedzą, umiejętnościami i postawą wpisał się do grona tych ludzi, którzy wyraźnie zaznaczyli się w historii człuchowskiej oświaty.

    Teresa Bagińska

  • Jerzy Kuźniar (1952-2003)

    Jerzy Kuźniar (1952-2003)

    Dr Jerzy Kuźniar urodził się 07 marca 1952 roku. w Człuchowie. W 1977 roku ukończył Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Słupsku uzyskując tytuł magistra filologii polskiej. Jako jedyny nauczyciel języka polskiego, do dnia dzisiejszego, w 1999 roku obronił pracę doktorską na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu.


    Swoją pracę zawodową rozpoczął w marcu 1976 roku jako nauczyciel języka polskiego w Zbiorczej Szkole Gminnej w Kobylnicy, a dokładnie jej filii – Szkole Podstawowej w Kończewie, a następnie w II filii – Szkole Podstawowej w Sycewicach.
    Następnie pracował w Szkole Podstawowej nr 14 w Słupsku.

    W 1978 roku zatrudnił się w PGR w Kończewie, gdzie pracował jako główny specjalista ds. służb pracowniczych oraz piastował funkcję przewodniczącego Rady Zakładowej. Po niespełna roku wrócił jednak do nauczania młodzieży – podjął pracę w Zbiorczej Szkole Gminnej w Dębnicy Kaszubskiej, a w listopadzie

    1983 roku w Zespole Szkół Mechanicznych w Człuchowie.
    Dnia 01 września 1985 roku, pismem inspektora Oświaty i Wychowania, przeniesiony został do pracy w naszej szkole.
    W roku tym otrzymał swoje pierwsze wychowawstwo klasy „b” (absolwenci z 1989 roku). Wychowawcą był jeszcze trzykrotnie: IVA (absolwenci z 1995 roku), IVA (absolwenci z 1998 roku) oraz IVA z 2003 roku – z uczniami tej klasy nie zdążył się pożegnać, nie dane Mu było wręczyć im świadectw dojrzałości.

    Pracę zawodową doktora Jerzego Kuźniara najpełniej scharakteryzował ówczesny dyrektor szkoły – Franciszek Blechacz, oceniając ją jako wyróżniającą:

    „…dał się poznać jako polonista, który potrafi rozbudzić wśród uczniów zainteresowanie językiem i kulturą ojczystą. O jego zaangażowaniu w kształtowaniu właściwego stosunku do języka polskiego świadczą dobrze zorganizowane, prawidłowe pod względem merytorycznym i metodycznym, lekcje oraz różnorodne formy zajęć dodatkowych, np. kilkakrotne wycieczki do teatrów w Bydgoszczy i Słupsku, przygotowanie uczniów do konkursów recytatorskich, zorganizowanie sesji popularno – naukowej na temat twórczości A. Mickiewicza i epopei’’ Pan Tadeusz”, przygotowanie uczniów do Olimpiady Literatury i Języka Polskiego.

    Poprawnie wywiązuje się z obowiązków wychowawcy klasy. Wprowadza różnorodne metody wychowawcze, które pozwalają mu pozytywnie oddziaływać na wychowanków. Jest również nauczycielem zaangażowanym w prowadzenie zajęć pozalekcyjnych. Prowadzi koło języka polskiego, opiekuje się organizacją ZSMP oraz Kołem Młodych Racjonalistów. Z tej racji zorganizował eliminacje szkolne Olimpiady Społeczno – Prawnej, Społeczno – Politycznej. Wiedzy o Polsce i Świecie Współczesnym oraz Turnieju Filozoficznego. Największe sukcesy zanotowali młodzi filozofowie, gdyż zajęli 2 i 4 miejsce a zespołowo I miejsce w zawodach wojewódzkich. Publikuje również artykuły w czasopismach, między innymi w „Poradniku Językowym”….”

    Dr Jerzy Kuźniar pełnił też funkcję metodyka języka polskiego oraz szkolnego komendanta OHP – za pełnienie tej funkcji oraz za pracę w charakterze nauczyciela języka polskiego – był niejednokrotnie nagradzany.

    Jego pasją było także dziennikarstwo. Współpracował, jako dziennikarz, z Radiem Weekend z Chojnic relacjonując z wielką pasją wydarzenia szkolne, choć nie tylko.

    Wszyscy pamiętamy jego udaną próbę bicia Rekordu Guinessa w czerwcu 2002 roku:
    „…40 godzin i 15 minut – to nowy rekord Guinnessa w długości lekcji. Ustanowiło go 24 uczniów z klasy III a Liceum Ogólnokształcącego w Człuchowie. Przez prawie dwie doby uczestniczyli oni w lekcji języka polskiego na temat: „Stefan Żeromski wielkim twórcą jest – na przekór tym, którzy nie przyznali pisarzowi Nagrody Nobla”. Ogółem zajęcia trwały około 42 godzin. Zgodnie z regulaminem co 8 godzin ogłaszane były 15-minutowe przerwy, których czas należało później odliczyć. Ostateczny wynik to 40 godzin i 15 minut. Jest on lepszy od dotychczasowego o 4,5 godziny. Po najdłuższej na świecie lekcji uczniowie – rekordziści marzyli tylko o tym, aby jak najszybciej znaleźć się w domu. Byli bardzo zmęczeni, ale szczęśliwi…”

    Dr Jerzy Kuźniar oddał naszej szkole swoje umiejętności, sumienność, trud, cierpliwość i zdrowie. Miarą wartości jego pracy są liczni absolwenci wydziałów humanistycznych, prawa i dziennikarstwa, którzy teraz kontynuują jego nauczycielskie i dziennikarskie posłanie.

    Zawsze z wdzięcznością będziemy wspominać Jego trud wychowawczy, pedagogiczny i dydaktyczny, a przede wszystkim Jego uczynność i wielkie serce – nie liczył czasu, ani środków, pomagał wszystkim i wszędzie.

    Słowa wieszcza, które zdobiły jego szkolną salę, teraz dedykujemy i przyrzekamy jemu: „Jeśli zapomnimy o nim, Ty Boże na niebie zapomnij o nas”…

    Doktor Jerzy Kuźniar zmarł nagle, samotnie w swoim domu, w wieku niespełna 51 lat, dnia 28 lutego 2003 roku.